Nie napisałam na moją stronę niczego już dawno. Nie napisałam, bo...  przez cały czas zmagam się z pewnym tematem. Zbyt prywatnym, żeby się publicznie nad nim rozwodzić i jednocześnie zbyt ważnym dla mnie, by pominąć go milczeniem. A dopóki status owego tematu pozostawał niejasny i nierozwiązywalny,  nie mogłam napisać o niczym innym. Zbyt błahe było wszystko dookoła, zbyt nijakie i nieważne.  Dziś chyba dojrzałam do przekroczenia tej granicy, za którą wszystko znów znajdzie się na swoim miejscu...

MAMA

Niedługo minie pół roku, kiedy odeszła.  Kochana i kochająca, dobra, skromna, cierpliwa, cicha. Ale kiedy trzeba, waleczna jak lew. Najlepsza na świecie, jak to mama. Nie rozpaczam, nie płaczę, wiem, że tak musiało się stać. Trudna, długa choroba w połączeniu z wiekiem osiemdziesięciu czterech lat nie rokuje niczego innego. Jestem wdzięczna Opatrzności, że odeszła bez bólu, że zgasła sobie w ciszy i spokoju i że mogłam być przy Niej, trzymać za rękę. Nie rozpaczam, ale tęsknię. Czasem aż do bólu....

Wszyscy znamy słowa księdza Twardowskiego: „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...”. Mama nie odeszła szybko. Miałam czas na to kochanie, takie świadome i celowe, nie byle jakie, pośpieszne i bezmyślne jak zazwyczaj, okazjonalne w krótkich przerwach galopującego życia. Na takie kochanie wspierające, cierpliwe, dojrzałe. Ale nie da się „nakochać” na zapas, na tyle, żeby starczyło na wszystkie dni bez Niej.  Mimo tego czasu, który był nam dany, zawsze znajdzie się coś, czego nie zdążyliśmy zrobić. Albo nie zrobiliśmy, bo... bo co, właśnie? Mnie dziś najbardziej brakuje czułości, takiej zwykłej, fizycznej. Dziś tak bardzo by mi się chciało wziąć w ramiona tę drobną, nieporadną staruszeczkę i utulić,  wycałować, wyściskać. Ale już tego nie zrobię.

24 marzec 2013r.