WSZYSTKIE ŻYCIA HELENY P.

o książce

    Opisana przeze mnie historia inspirowana jest prawdziwymi losami polskiej aktorki, którą, jak to się oględnie nazywa „przerosła kariera”. Moją bohaterkę przerosła najpierw kariera, potem małżeństwo, a w końcu przerosło ją życie. Tak wyglądały prawdziwe losy "Heleny", tak też wyglądają w mojej powieści, tyle, że główny wątek opowieści przeplata się z wątkami fikcyjnymi, może nawet fantastycznymi,  z elementami thrillera i kryminału. Wbrew pozorom książka nie jest ponura, są w niej momenty zabawne, opisywane z charakterystycznym dla mnie poczuciem humoru oraz dużą dawką refleksyjności.

     Piszę w niej o tym, że spełnienie marzeń nie zawsze oznacza szczęście, o przyjaźni, która w takim "prawdziwym wydaniu" jest bezwarunkowa i bezinteresowna, o ludzkich słabościach prowadzących do dramatów, ale często ocenianych przez otoczenie zbyt jednoznacznie, o dojrzałości do życia, która jest kwestią bardzo indywidualną i czasem przychodzi po wielu latach zmagań z samym sobą... Czasem, niestety, zbyt późno.

Powieść, jak poprzednie moje książki traktuje o poważnych sprawach, w odrobinę niepoważnym stylu. A gdyby ktoś zamierzał się zastanawiać, czy   w s z y s t k i e  opisane przeze mnie wydarzenia mogły mieć miejsce w rzeczywistości, odpowiem cytatem z mojej książki: „jeśli coś nie jest niemożliwe, to znaczy, że jest możliwe”.

fragment

***

 IV. NAZYWAM SIĘ HELENA

     Jestem... Nie tak. Nazywam się Helena. Helena P., i nic tego nie zmieni...  Czy zdajecie sobie sprawę z tego, jak to jest narodzić się na nowo? I, jak ten goły noworodek, nie wyposażony w nic, poza duszą i ciałem, czekać na rozwój wydarzeń? Na jakieś imię, nazwisko, na tych, których twarze ujrzy jako pierwsze, by nazwać ich w przyszłości swoimi najbliższymi? Na jakieś lokum:  bogaty dom lub obskurną klitkę, zgodnie z odgórnie ustalonym statusem materialnym i społecznym? Nie. Nie zdajecie sobie sprawy, bo w chwili takiej jak ta, byliście niczego nieświadomymi, oślizłymi poczwarkami. Wrastaliście w swoje otoczenie powoli, czerpiąc pełnymi garściami ze wszystkiego, co zostało wam dane. Kształtowaliście swoje „ja”, wspierani przez rzesze ludzi: rodzinę, rówieśników, szkołę, coraz szersze kręgi znajomych i przyjaciół.

     Ja, po raz drugi przyszłam na ten świat zupełnie bez kontekstu. A w ogóle... to najpierw miałam sen. Śniło mi się, że idę przez las. Bujny, liściasty. Szłam bardzo długo, obserwując subtelnie zmieniający się krajobraz: najpierw otaczały mnie młode, zielone brzozy, potem buki i klony, a na koniec potężne, grubaśne dęby. A ja szłam i szłam, nie wiedzieć dokąd. Im las stawał się gęściejszy, tym robiło się ciemniej, chłodniej. Czułam, jak zaczynają mi cierpnąć ręce i nogi, boleć plecy. Chciałam biec, ale coś mi mówiło, żebym nie wychodziła z tego lasu, że lepiej będzie, jak w nim zostanę. Jednak z każdym kolejnym, mozolnym krokiem robiło się coraz bardziej duszno. Wreszcie nie wytrzymałam i na oślep rzuciłam się do ucieczki.  Ale nic z tego:  ze wszystkich stron ciasno otaczały mnie drzewa, tak ciasno, że nie byłam już w stanie wykonać nawet niewielkiego ruchu. I było całkiem ciemno. I cicho... I zimno. Stałam więc tak, całkiem pokornie, myśląc, że cokolwiek by to nie było, sen czy jawa, czas przecież płynie i wkrótce wszystko się zmieni. No więc... stałam tak i stałam... czekałam. W pewnym momencie uświadomiłam sobie ze zdziwieniem, że wcale nie stoję, tylko leżę! Te kompletne ciemności, brak jakiegokolwiek punktu odniesienia, a do tego ścierpnięte ciało, prawie bez czucia, całkowicie pozbawiły mnie możliwości oceny sytuacji. Nie, raczej oceny położenia, bo o ocenie  s y t u a c j i  na razie w ogóle nie mogło być mowy.

     Czekałam tak bardzo długo, i nic. Czekałam zbyt długo, by nie spróbować zacząć jakoś sobie radzić. Chciałam za pomocą dotyku jak najlepiej zrozumieć miejsce, w którym się znalazłam. Ruchy miałam jednak mocno ograniczone: nie mogłam  wyciągnąć rąk przed siebie, bo coś mnie ograniczało. Nie mogłam usiąść. Nie mogłam unieść rąk nad głowę. Mogłam za to częściowo zgiąć kolana.

    - Zawinęłam się w kołdrę! - ucieszyłam się przez chwilę, namacawszy  wszędzie wokół siebie śliski, pikowany materiał.

    Ale to była tylko chwila. Bo ten materiał właśnie, wraz z powracającym zmysłem powonienia nasunęły mi przerażające przypuszczenie, co do miejsca, w którym się znalazłam. Tak! Czułam wyraźnie! Coraz bardziej intensywny zapach świeżego drewna, jedliny, mirtu i frezji.... To przywodziło mi na myśl tylko jedno... Oblałam się zimnym potem. Czas zatrzymał się w miejscu. Najpierw starałam się,  jak najdłużej umiałam, przekonywać  samą siebie, że to tylko sen. Że jak tylko nastanie świt, wylezę leniwie z pościeli, zrobię sobie kawę, taką gorącą i słodką, a później... Później? No właśnie... Nic później. Bo nie potrafiłam osadzić siebie w żadnej sytuacji. W żadnym miejscu i czasie, w żadnym towarzystwie. Pustka. Czarna dziura. Jak ta, w której teraz się znalazłam. Poczułam, jak po policzkach płyną mi łzy. Chciałam złapać którąś na język, żeby poczuć jej smak, ale one ściekały z mojej twarzy, zanim dotarły do ust.

   - Leżę w grobie – powiedziałam na głos, bo chciałam się usłyszeć. Chciałam usłyszeć, jak to zabrzmi. Mój głos nie miał żadnej barwy. Słowa zadudniły głucho...