ROZMOWY Z CIECIEM

odcinek IV

SIŁA PRZEKAZU

     Dawno mnie tu nie było, oj dawno!  Aż wstyd…  I choć próbowałam  mobilizować się do pisania, próbowali moi czytelnicy, znajomi, przyjaciele i wrogowie – nic z tego. Niemoc miałam twórczą, wynikłą z zaabsorbowania życiem prywatnym.  Jednak dziś, to, co nie udało się do tej pory całej rzeszy ludzi, udało się mojemu znajomemu Cieciowi.

     - Ejże, pani poetko, jakoś się pani nie udziela w sieci ostatnimi czasy – krzyknął do mnie z rana.

     - Nie…? – Spytałam głupio, a to z tego powodu, że nie bardzo wiedziałam o co mu chodzi.

     - Na swojej stronie, znaczy się, pani przestoje ma znaczne.

     - Taaak? – pytałam  głupio nadal, gdyż zastanawiałam się, skąd on to wie?  Jakoś nie przyszło mi do głowy, że mógłby korzystać  z komputera i Internetu.

   Cieć jakby czytał w moich myślach.

     - A… Bo ja tak grzecznościowo sobie surfuję czasem – odparł niepytany. -  U pana Bogusia.

Na to ja nic. Stoję i czekam na dalszy ciąg.

     - Bo to wie pani, pani poetko, że nasz dom kultury dla Chińczyków pójdzie? Handel w nim uprawiać będą. I inna porutę…

     - No co też pan za głupoty opowiada? – oburzyłam się, bo i mnie się o ucho niegdyś podobny absurd obił. Absurdalny absurd.

     - Mówię pani, że jak bum cyk! – tu Cieć grzmotnął się solidnie we wklęsłą pierś. – Zresztą, pani robi w kulturze, to pani wie. A poza tym ksiądz mówił.

     - Panie! – lekko zdenerwowałam się wstępnie – Ja i owszem, robię… Tfu! Pracuję w domu kultury, ale w innym, ponieważ z tego, jak wszyscy we wsi wiedzą, się mnie pozbyto. A po drugie, co ksiądz ma do wiatraka?

Cieć spojrzał na mnie spode łba.

     - Wylali panią? A za co?

     - Nie wylali, tylko sama odeszłam i nie za co, tylko na wskutek.

     - A… za… na wskutek czego?

Facet przysunął się na odległość nieświeżego chuchu.  Zaczęłam wyliczać:

- Na wskutek  rzucania uroków na matki w ciąży i matki z dziećmi na ręku, za próbę otrucia i przejechania autem kierowniczki i za czary oraz szerzenie zabobonu. Cokolwiek to oznacza…

     - Fiuuuu! – gwizdnął Cieć z niekłamanym podziwem.  – I naprawdę, pani to wszystko…?  Nie, no… to szacun!

     - Bez przesady – orzekłam skromnie. – To były tylko presumpcje  mojej ówczesnej szefowej. Odeszłam, żeby nie było na mnie, jakby się tam co komu stało.  A w ogóle, wróćmy do tematu, głupiego zresztą, bo nikt nie zamierza Chińczykom domu kultury oddawać.

     - Zamierza! – upierał się Cieć. – Bo skoro  moje miasto Chińczyków sprowadziło, to w myśl polskiej gościnności toż samo moje miasto dom kultury im odda, bo czem chata bogata, tem rada. Ksiądz mówił. Z ambony!

     - No właśnie… A skąd ksiądz wie?

     - Booo… ooo… Ksiądz wie wszystko!

     - Och, to faktycznie. To zmienia postać rzeczy – uśmiechnęłam się półgębkiem z zamiarem odwrotu.

      - Ale wie pani co? – Cieć zmierzył mnie z góry na dół. – Może dobrze by było, gdyby pani tam wróciła wtenczas.  Do pracy, u tych Chińczyków.

     - Bo?

     - No… Hm… Jak ten koń trojański! A w środku taka… taka… Lukrecja Borgia!  Ale by sobie pani poużywała!

No i masz... Ot, co znaczy siła przekazu!