KONIEC ŚWIATA

    Tak sobie myślę od soboty, po co właściwie ludzie te końce świata od czasu do czasu prorokują? Korzyści z tego dla wieszczącego żadnych, bo jak mu się przepowiednia nie sprawdzi, będzie mu głupio, a jak się sprawdzi - nie będzie nad kim nosa zadzierać…  No chyba, że lubi całe to zamieszanie z przygotowaniami do apokalipsy oglądać. Bo gawiedź niby wie, że ”nikt nie zna dnia ani godziny”, ale na wszelki wypadek po świecę i ośmiopak Kropli Beskidu do hipermarketu wyskoczy.

    U mnie w domu szału nie było: ot, zgromadziłam w kuchni cały zapas picia oraz świec (butelka toniku, pół butelki coli light i połowa komunijnej świecy starszej córki, bo młodsza swoją zgubiła). Zarządziłam również, że moje córki mają wrócić  do domu przynajmniej na kwadrans przed końcem świata.

      - Muszę? Ale muszę??? A nie mogłabym tego ostatniego dnia przynajmniej jakoś fajnie spędzić? - skrzywiła się Młodsza.

      - Czyli jak? - spytałam podejrzliwie.

      - No, w jakimś miłym gronie…  Z koleżankami…

      - Fuj! Jakie to niepatriotyczne! - skrytykowała ją Starsza.

      - Sama jesteś niepatriotyczna - obruszyła się Młodsza. - Zamierzasz patrzeć z zimną krwią na męki agonalne swoich najbliższych? Bo ja - nie!

      - Dość! - postanowiłam jak najszybciej ukrócić podążający w raczej niefajnym kierunku dialog, po czym zajęłam się skrobaniem starej,  dębowej półki.

    Półkę znalazłam sobie na strychu w czasie grubszych porządków i postanowiłam ją odnowić. Od kilku dni zdzierałam z niej więc stary lakier. I tak się w to zaangażowałam, że całkiem przegapiłam moment zero. Dopiero dzwonek telefonu  przywrócił mnie rzeczywistości.

    - Cześć mamuś - rozległo się po drugiej stronie. - Był u was jakiś koniec świata? Bo u Pauli nie było.

      - A…  która jest godzina? - spytałam bezmyślnie.

      - No właśnie… Bo ja się trochę spóźniłam… Ale jak u was nie było tego końca świata, to czy ja mogę wrócić trochę później?

Wink

23 maj, 2011r.