ROZMOWY Z CIECIEM 

Odcinek III 

CIEĆ TO MÓC! 

Dziś, w trakcie podlewana  kwiatków zobaczyłam przez okno, że cieć rozmawia z sąsiadem. Sądząc z intensywności gestykulacji obu panów, była to dyskusja raczej żywiołowa. Nie wesoła. Nie twórcza. Ba, nie towarzyska nawet. Najpierw cieć jakby nalegał, a sąsiad jakby oponował. Potem role się odwróciły, a potem obaj panowie jak na komendę zrobili w tył zwrot  i rozeszli się w przeciwnych kierunkach. Przy czym sąsiad napięty jak struna, cieć zaś, skulony we dwoje. Nie, żebym była jakoś szczególnie wścibska, ale złapałam raz-dwa jakąś szmatkę i wybiegłam przed dom, aby przetrzeć od zewnątrz drzwi frontowe.

     -  Umyć pani? - dobiegło do mnie po chwili, zgodnie z oczekiwaniem.- Za… dychę

     -  Dobra! - zgodziłam się bez protestu.

     -  To moment,  skoczę się po profesjonalny sprzęt - rzekł cieć i się skoczył.

Wrócił szybko, z wiaderkiem pełnym spienionego płynu, gąbką i dwoma szmatkami. Stałam z boku i patrzyłam. Cieć czyścił moje drzwi w skupieniu i z należytym zaangażowaniem. Powoli traciłem nadzieję, że przemówi choć słowem. 

     -  Tamtemu chciałem auto za dwie dychy umyć - wyrzucił w końcu z siebie. - Ale nie, syfem takim będzie jeździł, żeby tylko człowiekowi nie dać zarobić.

     - Nie będzie jeździł syfem, gdyż jemu żona myje. Za friko - zaoponowałam, gdyż widuję czasem z tarasu.

     -  O, to tym gorzej, kutwa jedna! I tyran. A ja muszę do jutra pięć dych zarobić. Muszę i już!

Dyskretnie nie zapytałam na co, choć facet wyglądał na mocno zdeterminowanego.

     -  A wie pani, że człowiek to właściwie w tym życiu nic nie może. Ino żyć. Ani urodzić się nie może gdzie i kiedy mu się spodoba, ani umrzeć naturalnie podług własnego planu zajęć, a w międzyczasie choćby sobie łapy do łokci urobił i tak nigdy nie wyjdzie wyjdzie na jego…

Nie próbowałam z cieciem dyskutować, znałam takie jego nastroje i wiedziałam, że jedyne co mogę, to wysłuchać jego najnowszej filozofii nabytej na bazie jakiejś chwilowej porażki.    

     -  No bo to jest tak - kontynuował cieć, polerując mi drzwi na sucho już po raz drugi. -  Jak człowiek siedzi na wysokim stołku, to wszystko całkiem inaczej widzi, niż jest. Ja to wiem, bo za komuny też siedziałem…

     -  W więzieniu?  - wymsknęło mi się głupio.

     -  Nie, na stołku! Ech…

Tu cieć przysunął się do mnie i wyszeptał nazwę pełnionej niegdyś przez siebie funkcji w…. a, nie powiem.     

      -  Nie!!! - zatchnęło mnie w mym niedowiarstwie.

      -  Tak!!!  - potwierdził cieć. - Ale wie pani co?

Cieć z pewnym wahaniem spojrzał w stronę chytrego sąsiada.

     -  Co?

     -  On ma gorzej. Wie pani, ile on musi? On musi bez przerwy, w każdej chwili, a jak już coś nie musi, to i wtenczas też nie może.

     -  Nie pojmuję - całkiem bezwiednie złapałam za drugą szmatkę i pospołu z cieciem zaczęłam polerować drzwi. 

     -  Bo to jest tak: ja nie mam pięciu dych, nie? Nie mam. Ale za to samo robię co chcę, gadam co chcę, z kim chcę, łażę gdzie chcę. Nie?

     -  No.

     -  A on? Kasę ma, willę ma, stołek ma, ale jak nie stanowisko, to ten… dobry bon ton, a na koniec własna baba trzymają go za facjatę. I gość ani zipnie! I wie pani co? On mi tych dwóch dych nie dał z zawiści! Tak! Bo on zawiści mi wolności!

Spojrzałam na ciecia, który aż pokraśniał z emocji i żal mi się go zrobiło. Bo jakoś przecież nieborak musi sobie swoją sytuację tłumaczyć, by nie stracić szacunku dla samego siebie…

     -  Pan chwilę zaczeka - odłożyłam szmatkę i poleciałam po portmonetkę.

     -  Pani! Tyle kasy za drzwi, które pani sobie sama wypucowała? - zdziwił się cieć na widok banknotu.

     -  I za… wykład. Psychologiczny.

Cieć popatrzył na mnie najpierw z lekkim osłupieniem, które powoli przeradzało się  w dumę.

     -  No! I widzi pani? Cieć, to móc!

Zakrzyknął radośnie i z poczuciem dobrze wykonanej roboty oraz swoim „profesjonalnym sprzętem” oddalił się z miejsca akcji. 

22 grudzień 2010r.