KOSZMAR FILMOWY A KOSZMAR SENNY 

Oglądałam wczoraj wieczorem durnowaty, katastroficzny film o zmianach klimatu i o zamarzaniu. Słowo „durnowaty” jest określeniem wysoce subiektywnym, ponieważ nie cierpię filmów katastroficznych. Nie tylko dlatego, że są przygnębiające, ale głównie ze względu na konstrukcję, identyczną, bez względu na to, o jaki kataklizm chodzi: czy to lawinę, powódź, pożar, trzęsienie ziemi, najazd Ufoludków, czy zbliżającą się do Ziemi kometę.

Fabuła zawsze wygląda następująco: na samym początku poznajemy jakichś bohaterów, z którymi zaczynamy sympatyzować. Dla wzmożenia późniejszej dramaturgii po drodze spotykamy jeszcze bądź to przesympatyczne, małe dziecko, bądź jakieś przesympatyczne zwierzątko. Lub parę nieporadnych, acz przemiłych staruszków. Potem jakiś mądry pracownik naukowy przewiduje dany kataklizm (jakikolwiek, bo dla filmu ma to akurat najmniejsze znaczenie), a ponieważ naukowiec jest nie tylko mądry, ale i szlachetny, postanawia ocalić świat. Wtedy trafia głową w beton, w postaci jakiegoś wpływowego zwyrodnialca (szeryfa, biznesmena, prezydenta), któremu ujawnienie danego zagrożenia jest zgoła nie na rękę, a nawet wręcz przeciwnie. I się zaczyna!!!

Szlachetny miota się i ratuje, wpływowy drań w końcu posypuje głowę popiołem i włącza się w akcję.  A, jeszcze wcześniej Szlachetny zostaje rozdzielony z żoną, najlepiej ciężarną.  W międzyczasie jest parę ujęć z ocierającym się o śmierć sympatycznym dzieckiem, bądź sympatycznym zwierzątkiem. Lub miłymi staruszkami.

Z kataklizmu, mimo prawie całkowitej zagłady ludzkiej populacji wychodzi cało Szlachetny, jego ciężarna żona (by na końcu spektakularnie mogli się odnaleźć), oraz sympatyczne dziecko bądź sympatyczne zwierzątko. Lub mili staruszkowie...  Gdyby ktoś był ciekawy, dlaczego oglądam takie filmy, powiem, że nie oglądam. Ja je przecierpiam po prostu, w charakterze osoby przymusowo towarzyszącej. Z powodu lenistwa oraz wygodnictwa. Ale mniejsza z tym…

Z reguły po takim koszmarnym filmie miewam równie koszmarne sny. Otóż, w noc po owym kinematograficznym arcydziele przyśniło mi się, iż razem z moją przyjaciółką A.S. postanowiłyśmy na jakiś czas rzucić wszystko w diabły i  trochę od życia odpocząć. W tym celu wyjechałyśmy dokądś (daleko chyba) i wynajęłyśmy w hotelu pokój.  Do owego pokoju wchodziło się przez łazienkę, w której na samiuśkim środku stała wielka, żeliwna wanna na mosiężnych łapach. Dopływu wody do wanny nie zaobserwowałam. Po chwili okazało się, że oprócz bagażu zabrałam z sobą mojego kota, Helenę (patrz, galeria). Ponadto, z  niewyjaśnionych przyczyn dokwaterowano nam, bez żadnego uzgodnienia, znaną polską wokalistkę, Katarzynę K.

Katarzyna K., w ramach zadośćuczynienia za niewygody pozwoliła nam z A.S. zaśpiewać z sobą na koncercie. Ja na tę propozycję przystałam entuzjastycznie, zaś A.S. się zaparła na "nie". (I nic dziwnego, gdyż A.S. nawet na jawie nie da się nakłonić do śpiewu, bo jak twierdzi, nie umie. Ale tego nikt nie wie, bo nikt nie słyszał. Ja natomiast nie umiem też, ale o tym wszyscy wiedzą, ponieważ słyszeli).

Przed samym wyjściem na koncert nastąpił ogólny konflikt o łazienkę i menadżer Katarzyny K., który nagle też się w moim śnie znalazł, oznajmił, że skoro jest tylko jedna łazienka i trzy baby, wobec tego on się wysika do kuwety. I wówczas zadzwonił budzik…

22 listopad 2010r.