ROZMOWY Z CIECIEM

Odcinek II

PALENIE ZAKAZANE…

Wychodząc dziś przed południem do pracy zachłysnęłam się aż po pępek tą przecudną, jesienną aurą. Zapachem zeschłych liści w powietrzu, nagrzanych ostatnimi promieniami słońca i tym czymś, tak specyficznie jesiennym a jednocześnie ulotnym, czego nigdy nie potrafiłam zdemaskować.  A, i jeszcze czymś, co po chwili to mnie dotarło… Dymem z papierosa!

Na chodniku przy ulicy siedział cieć i kurzył zawzięcie. Jakby bez przyjemności, ale  z obowiązku…

     -  Dzień dobry! A pan nie słyszał, że od dziś nie wolno palić w miejscach publicznych? - spytałam w dobrej wierze.

     -  Tak? Ale fotel, proszę pani, jest prywatny - tu cieć, dla demonstracji uniósł się na moment z siedziska. - I jak?

     -  No, nie wiem… - zawahałam się. - Ale musi pan tu akurat?

     -  Muszę, proszę pani, gdyż jest to mój wyraz  na ten temat!

     -  Chyba protest raczej…

     -  Nie, wyraz! Może chce  go pani usłyszeć?

     -  O, dziękuję uprzejmie - podziękowałam prędko i udałam się w stronę auta.

     -  Pasy niech pani zapnie! I światła włączy!  - dogonił mnie okrzyk ciecia. - A gaśnicę pani ma dobrą?

Rzuciłam okiem na zegarek i skalkulowałam, że mam jakieś dwadzieścia minut na ideologiczną utarczkę z cieciem. Jeśli zrezygnuję z wstąpienia do Lidla…

     -  No dobra, o co się rozchodzi tym razem? - zawróciłam ku  pławiącemu się w kłębie siwego dymu cieciowi.

     -  A czy ja co mówię? Państwo o panią dba, to przypominam, nie? Bo jakby pani tych pasów nie zapięła, świateł nie oświeciła, dłoni na gaśnicy w czasie jazdy nie trzymała - to  by pani mogła zginąć tragicznie w okropnych boleściach.  Bo wie pani, jaki to ból, kiedy się człowiek żywcem pali? Ja wiem, bom się palił…

Cieć wyrzucił peta na chodnik i prędko odpalił kolejnego papierosa.

      -  Od papierosa się pan  zapalił, czy jak? - nasunęło mi się skojarzenie.

     -  A, nie! Od zapalniczki. Zna mnie pani, to pani wie, że jak się wkurzę, to muszę się porządnie  sztachnąć. Raz się wkurzyłem tak bardzo, że z tego wszystkiego zapomniałem sobie fajkę w gębę wsadzić. No i wąs mi się zajął… Ból, proszę pani, że nie życzę nikomu!

      -  Ja też nie - westchnęłam ze współczuciem.

      -  No właśnie! - zgodził się skwapliwie cieć. - I w ten sposób  państwo dba o panią, bo pani ma auto. I robotę etatową. I dom i rodzinę. A ja, przyznać muszę, jednostka do zadbania byłem raczej trudna: wykonuję wolny zawód, (tu powinnam wyjaśnić, że cieć jest cieciem samozwańczym, żyjącym z drobnych datków za drobne usługi),  więc o chorobę moją lub rentę państwo zatroszczyć się nie ma z czego. Mienia żadnego nie posiadam, a więc ubezpieczyć mi nic nie może, choćby chciało. Becikowego też mi nie da, ani ulgi podatkowej, ani żadnej innej rzeczy, która jego jest… Długo więc państwo nasze szukało na mnie haka, aż w końcu znalazło! Echhhhh….

Tu cieć zaciągnął się melancholijnie smrodliwym kłębem.

     -  Nasze państwo dba o swoich obywateli, bo to jest państwo opiekuńcze! - krzyknęłam, rozganiając rękami dławiący dym.

     -  Taaak? - spytał z przekąsem cieć. - A niech  mi się pani dobrze przyjrzy: czy ja wyglądam, jakbym był pod dobra opieką?

Posłusznie omiotłam wzrokiem to, co się dało ujrzeć przez zasłonę dymną: drobną, zgarbioną postać po siedemdziesiątce, w postrzępionej, oliwkowej kurtce, przykrótkich, garniturowych spodniach w prążki, rozdeptanych mokasynach i bajecznie kolorowych skarpetach.

     -  Czy ja wiem? - spytałam dość retorycznie.

     -  No i sama pani widzi! - ucieszył się cieć.

     -  Ale do jasnej ciasnej, nie myśli pan chyba, że państwo opiekuńcze to taka mamka, która każdego jednego nieroba sobie u cycka uwiesi i ciepłym mleczkiem do usss.... w nieskonczoność karmiła będzie!  Nie, ono stwarza możliwości, otwiera furtki, wskazuję drogę… A resztę już niestety trzeba wziąć we własne ręce.

     -  To tyż biorę - dla zilustrowania swoich słów cieć w jedną rękę wziął czwartego papierosa, a w drugą grabki, zwane pazurkami. -  Ino że ja, proszę pani, wiele przeżyłem! Przeżyłem kawałek okupacji. Po wojnie nastała bieda z nędzą.  Przeżyłem komunę. Po nadejściu komuny nastała bieda z nędzą. Przeżyłem wojnę w osiemdziesiątym pierwszym. Po osiemdziesiątym pierwszym nastała bieda z nędzą. Przeżyłem upadek komunizmu. Po upadku komunizmu nastało bezrobocie. Też przeżyłem. Ale państwa opiekuńczego, proszę pani - zapłakał rzewnie cieć -  to ja już nie przeżyję!!!

 

 16 listopad 2010r.