MORDOWANIE PASJONATÓW I TWORZENIE PAPIEROWYCH LUDKÓW


Od wielu lat robię w kulturze i niejednego zęba, ba, niejedną zębatkę w  tej robocie zjadłam. I zawsze było tak, iż instruktor (czytaj: artysta, gdyż w kulturze oba określenia są tożsame), jest najbardziej twórczy i płodny, gdy działa w sposób nieskrępowany, niezależny, oraz nieograniczony. Ale oczywiście, jako pracownik etatowy tworzy w pewnych ramach, którymi jest tenże etat właśnie. Wspomniane nieskrępowanie, niezależność i  nieograniczoność rozumiem tutaj jako wolność od wszelkich biurokratycznych kajdan i zawieszania na mocy odgórnych zarządzeń kul u nóg ludziom kultury. Bo jakoś tak drzewiej bywało, że zarządzająca instruktorami administracja oceniała ich pracę, jak zalecano w Piśmie, iż „poznać drzewo po owocach jego”. Potem się nagle powywracało, pozmieniało - oczywiście na lepsze oraz na mądrzejsze i nie śmiałabym twierdzić, że jest inaczej…

Teraz bowiem całym sednem sedna  oraz meritum sensu stricte jest Opis Przebiegu Owocowania. Mamy tu tylko jeden ujemny plus: nie wzięto pod uwagę zasobów intelektualnych, jakimi dysponują zatrudnione w kulturze zasoby ludzkie. Na przykład: moich. Bo czemu ja o tym wszystkim piszę? Otóż, usiadłam właśnie po raz już któryś nad Dziennikiem Zajęć, celem uzupełnienia różnych rubryk oraz tabel, z których ma się wyłonić jasny obraz, jakże ja ten swój teatrzyk prowadzę. I, po raz już któryś ogarnęła mnie czarna rozpacz…

 

Inna rzecz, że przy okazji wręczenia mi przez jednostki nadrzędne owego dziennika, rypła się w całej rozciągłości kwestia moich, wspomnianych wyżej,  zasobów intelektualnych. I to w wieku, w którym wyobrażenie na temat samego siebie i poczucia własnej wartości ma się już raczej ugruntowane. Do tej pory, na bazie wieloletniego zawodowego doświadczenia obrosłam w przekonanie, że potrafię to i owo stworzyć, od samiuśkich podstaw (jako że posiadam osobowość twórczą) i nie muszę posiłkować się żadną gotowizną, zaczerpniętą u źródeł, bądź zerżniętą od kogoś podstępnie. Na podstawie powyższego auto-osądu zdawało mi się, że całkiem niegłupia ze mnie babka, ale niestety, do momentu konfrontacji z Dziennikiem Zajęć!

 

Nagle okazało się, że wobec tego, raptem trzydziestopięciokartkowego zeszycika, jestem bezradna, jak dziecię we mgle! Nie umiem bowiem (ba, nie mam nawet bladego pojęcia jak to zrobić), ująć w ramy czasowe procesu twórczego! Weźmy na przykład takie pisanie scenariusza. Czy czas jego tworzenia powinien się liczyć tylko w momentach bezpośredniego przenoszenia wymyślonej treści z mózgu do Worda (czyli jego obserwowalnych aspektów, a mianowicie walenia w klawiaturę), czy mogę pod tenże proces podciągnąć także jego aspekty nieobserwowalne, czyli chwile intensywnego zamyślenia? A jeśli tak, to czy tylko te płodne w efekty? Bo bywa przecież, że człowiek kilka godzin przesiedzi z wzrokiem wbitym w sufit, i nic! Chociaż siedział uczciwie i myślał uczciwie…. Bo jeśli przychylić się do opcji pierwszej, to napisanie dziesięciu stron scenariusza dla osoby sprawnie przebierającej palcami na klawiaturze wyniesie, dajmy na to, dwie godziny. Biorąc pod uwagę opcję drugą, napisanie scenariusza zajmie jakieś dziesięć godzin. Ale ujmując w dzienniku opcję najbardziej realistyczną i najprawdziwiej prawdziwą, mnie napisanie scenariusza w tym roku zabrało jakieś czterdzieści godzin z hakiem…

 

Idąc dalej tym torem, jak wyliczyć dobieranie muzyki? Czy dodać do siebie czas zrzucania poszczególnych kawałków z różnych płyt na jedną płytę? A może dodać jeszcze do tego godziny, jakie zajęło mi wyszukanie tych płyt? A może te jeszcze wcześniejsze: wymyślenie, jakie to będą utwory, z jakich płyt i gdzie je zdobyć?

 

A co z doborem strojów? Szperaniem w szmateksach, przeróbkami krawieckimi, praniem, prasowaniem - i to w koło Macieju, po każdej próbie w kostiumach?

 

Bardzo podobnie rzecz ma się z doborem rekwizytów. Ale mniejsza z tym… Trza - to się  j a k o ś rozpisze. Tylko… po co???? Bo jeśli ktoś myśli, że wyznacznikiem rzetelności wykonywanej pracy jest gęsto zapisany dzienniczek, to jest w mylnym błędzie.

 

Wydawać by się mogło, że są takie dziedziny (jak kultura, sztuka), które z założenia nie ugną się biurokracji. Kolejny, mylny błąd: biurokracja ugnie wszystko. I przerobi na papier.

 

2 listopad, 2010r.