NATURA (i) KOBIETY

 

Za oknem szaruga, mgła, szron tyle co spełznął z traw i listowia. Czas na jesienną depresję - pomyślałam i posłusznie popadłam w adekwatny nastrój. Bo ja, od pewnego czasu żyję z zgodzie z naturą i własnym organizmem. Tak sobie kiedyś postanowiłam i tego się trzymam. Wcześniej prowadziłam życie, które przypominało maraton bez mety. Również dlatego, że niegdyś tak sobie postanowiłam, a raczej: wyćwiczyłam przez lata. Maraton wyszedł mi jako skutek uboczny.

Otóż, dawno, dawno temu uznałam, że dobrze byłoby popracować nad swoim charakterem, w kierunku większej punktualności, systematyczności, słowności, odpowiedzialności za słowa i czyny, zamiłowania do ładu, porządku oraz tym podobnym cnotom. A ponieważ pierwszą cechą, jaką sobie najskuteczniej przyswoiłam była konsekwencja, już po jakimś roku całe życie miałam poukładane w tabelkach: tematycznie, kolorystycznie i od największego do najmniejszego. Wszelkie operacje i zajęcia życiowe opanowałam do tego stopnia, że wykonywałam je automatycznie, z zamkniętymi oczami i po omacku. Po jakimś, dość konkretnym okresie życia, zaczął mi dawać znać o sobie syndrom maratończyka. Dość - powiedziałam sobie wówczas, kiedy to w środku nocy przypomniało mi się, że nie wytrzepałam dywanika z przedpokoju, po czym wylazłam z ciepłego wyrka i wygrzmociłam dywanik przykładnie. Była (pamiętam jak dziś) dwudziesta czwarta dwadzieścia…

Zaraz potem ogarnął mnie bliżej nieokreślony niepokój: czy to z powodu, że o w/w czynności zapomniałam (karygodne!), czy przeciwnie, że jednak nadrobiłam owo niedopatrzenie, w środku nocy (chore?). Od tej chwili zaczęłam wszystko odkręcać, by, jak wspomniałam na początku, dziś żyć w zgodzie z naturą i organizmem. To znaczy, teraz, gdy trzeba coś zrobić, zawsze pytam organizm o zgodę. A jeśli takiej nie ma - nie robię niczego, czego nie muszę (czyli rzeczy, bez których świat się nie zawali oraz tych, za których niewykonanie nie grożą mi żadne konsekwencje prawne). W takich dniach nie sprzątam, nie gotuję, nie piorę, nie robię zakupów. Chociaż… to ostatnie nie jest akurat niczym nadzwyczajnym - zakupów (takich jadalnych) nie robię z zasady, ponieważ, zdaniem mojego męża nie potrafię odróżnić kurczaka od salcesonu.

Jeśli zaś chodzi o życie w zgodzie z naturą, mój rok generalnie dzieli się na dwa etapy: przesilenie wiosenne (od marca do września) i przesilenie zimowe (od września do marca). Ponadto, każdym miesiącem mego istnienia rządzą trzy rodzaje napięcia, które regulują mój sposób bycia, temperament, natężenie i rodzaj emocji.

Na koniec chciałabym nadmienić, iż mój organizm właśnie wyraził był zgodę na napisanie kolejnej książki. Jesteśmy już na trzydziestej czwartej stronie.

20 paździennik 2010r.