GDZIE SIĘ ZACZYNA I KOŃCZY CZŁOWIEK

       Przed chwilą byłam świadkiem zdarzenia, które po raz kolejny (a nie wiem już, który) skłoniło mnie do przeanalizowania terminów człowiek, człowieczeństwo. Jest w tej chwili na zewnątrz minus osiem stopni mrozu. Z okna mojego gabineciku w domu kultury dostrzegłam, że przed budynek podjeżdża pogotowie ratunkowe. Okazało się, że na chodniku przed budynkiem leży człowiek. Piszę ten wyraz kursywą, ponieważ w całej tej sytuacji miał on charakter wieloznaczny i wręcz dyskusyjny. Mężczyzna był pod wpływem alkoholu, więc ratownicy zadzwonili po policję. Człowiek ten znany jest miejscowym ze swego nieboraczego życia, w nędzy i zapomnieniu. Z tego co wiem, mężczyzna pracował tu kiedyś w hucie szkła, ale zapadł na chorobę psychiczną (z przerażeniem i grozą szeptano: to schizofrenik...) i przestał sobie radzić z czymkolwiek. Dziś żyje z tego, co mu dobrzy ludzie dadzą oraz z tego, co znajdzie w śmietniku. Czasem nazbiera na piwko czy dwa i przypuszczam, że ten chwilowy stan po browarku to jego jedyne szczęśliwe chwile w życiu.
     Ale w czym rzecz: widząc to zdarzenie poszłam do ratownika medycznego i poprosiłam, żeby podłożyli mu jakąś matę termoizolacyjną, czy co tam mają na wyposażeniu, i dowiedziałam się, że nie, „bo nic gościowi nie będzie". Prosiłam, przekonywałam, że ten "gość", jaki by nie był, jest przecież człowiekiem! Że czuje i cierpi. Argumentowałam, że gdyby to była inna osoba, która np. skręciła nogę – mogłaby liczyć na takie zaopatrzenie. Pan z pogotowia powiedział mi na to, że facet nie jest nagi, ma na sobie ubranie (czyt.: łachmany - pan zpogotowia miał na sobie służbowy, śliczny, czerwony ocieplany komplecik ). Zapytałam leżącego mężczyznę, czy mu zimno, odpowiedział: „tak, proszę pani, dziękuję pani"...
Nieszczęsny mężczyzna przeleżał tak czterdzieści pięć minut. Schorowany, stary człowiek. Mniej CZŁOWIEK, niż ci, którzy kazali mu leżeć tyle czasu na mrozie? I... bez komentarza.

7 stycznia 2015r., godz. 17.50